Zamknij
REKLAMA

Zapraszamy do lektury: Znamienity pamiętnik z czasów Powstania Wlkp.

11:42, 28.11.2018 | Wydawnictwo REPLIKA
REKLAMA
Skomentuj

I to pamiętnik nie byle kogo, bo jednego z liderów powstania w północnej części kraju – nie tylko Wielkopolski, bo zakusy Jacobsona sięgały znacznie dalej.

Autor zamyka opisywane perypetie powstańcze w ramach czasowych od grudnia 1918 do połowy lutego 1919 roku. Opowiada, jak będąc jeszcze oficerem niemieckim, trafił w szeregi powstańców, jak objął zwierzchnictwo nad powstańczym „pospolitym ruszeniem” w Gnieźnie i jak zarządzał operacjami powstańców na terenach na północ od Gniezna. Przy czym wszystkie te funkcje sprawował nieformalnie. Jako że działał poza strukturami Naczelnej Rady Ludowej, nie musiał podporządkowywać się jej zarządzeniom i kursowi polityki pójścia na ugodę z Niemcami (co z satysfakcją przyjmować miał formalny komendant Gniezna).

Swoje wspomnienia Jacobson kończy krótkim podsumowaniem. Ocenia zdarzenia, których był uczestnikiem, w kontekście efektów, jakie udało się osiągnąć. Sporo uwagi poświęca „czynnikowi ludzkiemu” – tak pod względem statystyki, jak i sprawowania. Sprawowania nie zawsze tak bohaterskiego i zorganizowanego, jakby mogło się zdawać.

Dr Wojciech Jacobson podzielił całość swoich wspomnień na cztery części. W pierwszej ukazał swoje ostatnie tygodnie w szeregach wojsk niemieckich jesienią 1918 roku, panujące wówczas nastroje oraz sytuację Polaków w jej szeregach. Druga część obejmuje udział autora w Powstaniu Wielkopolskim na terenie Gniezna oraz północnej Wielkopolski. Część trzecia  traktuje o udziale autora w wojnie polsko-bolszewickiej 1919–1920. Ostatnia, czwarta, stanowi swego rodzaju załącznik i dotyczy różnych zagadnień z okresu Powstania Wielkopolskiego, takich jak: działania kontrwywiadowcze, zdobycie pociągu pancernego pod Rynarzewem, relacje z gnieźnieńską Strażą Ludową czy stosunek kolonistów niemieckich do powstania.

Z opracowania dra. Bartosza Kruszyńskiego

 

Książkę można zamówić na stronie
Wydawnictwa REPLIKA >>>>

 

 

CZĘŚĆ II

"CO WEŹMIECIE,
TO BĘDZIE WASZE!"

W pierwszych dniach grudnia 1918 roku dostałem od „Soldatenratu”51 w Szczecinie urlop na wyjazd w strony rodzinne. Na odjezdnym zaznaczono mi, że od 1 stycznia 1919 r. mam objąć stanowisko lekarza przy „Bezirkskommando” (P.K.U.)52 w Gnieźnie z awansem na kapitana.

Skorzystałem z urlopu, by przede wszystkim dowiedzieć się jaki nastrój panuje w kraju, z którym nie miałem bezpośredniej styczności od wybuchu wojny światowej. Niestety, nie było mi danym być naocznym świadkiem entuzjazmu, jaki ogarnął stolicę Wielkopolski 2 grudnia 1918 roku w dniu zjazdu dzielnicowego i utworzenia się Naczelnej Rady Ludowej53. Widziałem jedynie domy ozdobione jeszcze flagami polskimi i państw sprzymierzonych, a u znajomych, których sporo zastałem jako współpracowników NRL, zauważyłem jak gdyby pewne zakłopotanie streszczające się w zapytaniu — „no i co dalej będzie?”

Na moje pytania, czy organizują się jakieś kadry wojskowe, dostawałem wszędzie odpowiedź przeczącą. Tłumaczono mi, że tą sprawą zajmie się Ententa i że nam nie wolno rozdrażniać Niemców. Powiadano: „nie mamy dostatecznej liczby wytrawnych sił, by móc objąć naraz całą administrację; musimy najpierw przejąć niektóre działy, w innych dodać jedynie Niemcom kontrolerów ich czynności służbowych i stopniowo wykształcić personel polski. Naczelna Rada Ludowa w Poznaniu będzie starała się w ten sposób zwolna przejąć całą naszą dzielnicę z rąk Niemców, obejmując swoją działalnością coraz to większy teren”.

Innymi słowy: Poznań to wielka rzecz. Poznań i ci, których NRL zaproteguje, obejmą kolejno posady. Wy, reszta — czekajcie! Na razie nie wiemy, czy wy w ogóle istniejecie. Niemcy i Ententa wskażą nam was i orzekną, które dzielnice będą do nas należały. Hierarchia, jaka wytworzyła się przed wojną w walce z Niemczyzną, musi być ściśle przestrzegana. My nie uznajemy żadnej rewolucji, żadnych gwałtownych zmian. Ententa, prezydent Wilson, rozstrzygną sprawiedliwie o naszych losach. Niemcy to dla nas niespożyta potęga, lecz z czasem będą musieli oddać nam wszystko, co Wersal nakaże; pod naciskiem Ententy będą dla nas uprzejmi!

Byłem innego zdania. Ani rusz nie mogłem sobie wyobrazić, by można było z Niemcem dojść do ładu wyłącznie na drodze dyplomatycznej i dziwiłem się, że moi znajomi, ludzie którzy bądź co bądź Niemca znają, chociaż wojnę przebyli przeważnie w domu, zapatrują się na tę sprawę tak różowo i nie uważają za potrzebne przygotować bardziej przekonywujących argumentów w postaci siły zbrojnej. Ilekroć natomiast zetknąłem się z tymi, co byli na wojnie, stwierdzałem, że większość z nich podziela moje zapatrywanie, iż z Niemcami musi dojść do rozprawy orężnej. Poczynania niemieckie, a zwłaszcza nasyłanie załóg do każdej prawie mieściny w Wielkopolsce i na Pomorzu upewniały nas, że Niemcy ani myślą o dobrowolnym zrzeczeniu się swych praw zaborcy.

Polacy tymczasem — jak to na każdym kroku w Wielkopolsce obserwowałem — urządzali ciągłe zjazdy, wiecowali, uchwalając najrozmaitsze rezolucje w duchu patriotycznym. Wszystkie te działania oczywiście nie prowadziły zdecydowanie w kierunku całkowitego uniezależnienia się od zaborcy.

Nie myślę bynajmniej zaprzeczać faktom, o których dzisiaj tak wiele się mówi, że te lub owe stowarzyszenia — zwłaszcza „Sokół” oraz osoby pojedyncze magazynowały broń lub amunicję i organizowały się w drużyny wojskowe. Wiem dobrze, że np. Września, Jarocin, Środa i Kórnik miały nawet kilka zwartych, wyćwiczonych kompanii, które też odegrały decydującą rolę w pierwszych dniach powstania w Wielkopolsce (w Poznaniu, Gnieźnie i w Zbąszyniu), ale muszę podkreślić, że formowanie się tych oddziałów nastąpiło bez wiedzy i na pewno przeciw wyraźnej woli tych, którzy zajmowali wówczas kierownicze stanowiska w naszym społeczeństwie. Niestety, dowódcami tych drużyn byli często ludzie nie obyci z wojną, do szeregów natomiast garnęli się chętnie zdemobilizowani wojskowi, przeważnie ludzie bez pracy i stanowiska, a więc po największej części robotnicy miejscy; z inteligencji tylko garść zapaleńców.

Po zwiedzeniu Wielkopolski wybrałem się około 20 grudnia ze Środy przez Poznań do Starogardu na Pomorzu. W przedziale kolejowym natknąłem się niespodzianie na kolegę z czasów uniwersyteckich, dra Wierusza54 z Poznania, słaniającego się ze znużenia. W toku rozmowy dowiaduję się od niego, że wiezie on jako kurier ważne wiadomości z Warszawy dla NRL, bo do Gdańska ma przybyć torpedowcem misja Ententy, a z nią gen. Haller55 lub hr. Wielopolski, a może i sam Paderewski56. Gdy stanęliśmy na dworcu w Poznaniu, dr Wierusz, który ode mnie dowiedział się, że za kilka godzin jadę dalej do Starogardu i Gdańska, poprosił mnie ze sobą do hotelu przy ulicy Św. Marcina, gdzie rezydował Komisariat Naczelnej Rady Ludowej57. Po długim czekaniu poproszono mnie do księdza Adamskiego58, który dał mi list z poleceniem, bym doręczył go posłowi Korfantemu59 lub jednemu z Polaków, członków misji, i to zaraz po jej przybyciu do Gdańska. Nie wolno mi dopuścić, by list dostał się w ręce niemieckie. Zgodnie z jego radą przypiąłem sobie na czas trwania mej misji oficerską rozetkę pruską do czapki, a do munduru inne odznaki, z którymi rozstałem się przy wybuchu niemieckiej rewolucji.

W Gdańsku oczekiwała przybycia misji tamtejsza Polonia oraz wielu delegatów. W łonie ich znaleźli się już tacy, którzy spodziewali się w związku z przybyciem misji uzyskania jakiejś dobrze płatnej posady z widokiem na dalszą karierę. Z ramienia N. R. L. czekał na misję od kilku dni adwokat Maciaszek60. Korfanty dotychczas jeszcze nie przybył. Zapoznałem się z członkami „Rady żołnierzy Polaków w Gdańsku” Sojeckim, Wojciechowskim i innymi. Od nich dowiedziałem się o tym co mnie najwięcej obchodziło, a mianowicie, że Kaszubi nie demobilizują się, że stanowią liczebną przewagę w załodze Gdańska, że artyleria w Oliwie i w licznych fortach oraz rozmaite inne formacje wojskowe składają się, z wyjątkiem oficerów, prawie wyłącznie z Polaków. Na rozkaz N. R. L. Gdańsk będzie w kilku godzinach naszym!

Rada żołnierska dysponuje w Gdańsku i na przedmieściach pułkiem artylerii i skromnie licząc 4—6 tysiącami piechoty, a broń i amunicja w Gdańsku wystarczą do zaopatrzenia całego Pomorza na długi nawet okres czasu. Moi informatorzy zapewniają mnie przy tym, że w innych garnizonach wszczęto równobieżną akcję wojskową, a mianowicie w Starogardzie, Malborku, Grudziądzu i Pile. Ściślejszych danych w liczbach nie mogą mi jednakże podać; nic też nie wiedzą o Toruniu.

Odnoszę wrażenie, że Pomorze znacznie lepiej przygotowało się do nieuniknionej rozprawy z Niemcami jak Poznańskie, mimo że nie widzę tutaj tego rozgorączkowania i tego rzucającego się w oczy zapału, tak znamiennego dla Wielkopolski. Poznań to nasza
stolica, ośrodek zawziętej walki przeciw germanizacji, nic więc dziwnego, że znaleźli się tam co najświetniejsi politycy i mówcy. Oczy i uszy całej dzielnicy skierowane są z napięciem na NRL i jej decyzje. Jest to przecież nasza naczelna władza, która stara się niezależnie od obojętnej Warszawy wywalczyć naszą wolność. Jest wyraźnie widocznym, że Warszawa żyje w zgodzie z Niemcami, którzy głoszą, że rząd w Warszawie nie ma żadnych pretensji do polskich dzielnic pod zaborem pruskim.

Trudno mi nie wierzyć w to „szwabskie gadanie”. Jako Pomorzanin - student spotykałem się prawie stale w rozmowach z bracią czy to z Małopolski czy też Kongresówki z zupełnym brakiem uświadomienia o sile polskiej pod Prusakiem. Uważano nas zawsze za jakieś tam resztki, żyjące może jeszcze tradycją polskości, sam zaś kraj za zupełnie zniemczony. Wobec tego obawiałem się, że nie będzie zbyt trudnym dla dyplomacji niemieckiej przekonać rząd warszawski, a tą drogą także Ententę, że Polacy w dzielnicy pruskiej zadowolą się pewnymi ulgami administracyjnymi, bo zasadniczo nie życzą sobie przyłączenia ich do Polski.

W tych warunkach stało się dla mnie jasne, że bez zbrojnego porywu nie ma mowy o tym, by Prusak chodź piędź ziemi odstąpił Polsce dobrowolnie. Świat uwierzy nam dopiero wtedy, gdy złożymy wyraźną ofiarę krwi. Lud Wielkopolski i Pomorza jest gotowy do tej rozgrywki. Kierownicy nasi obawiają się jednak ponieść odpowiedzialność w tym właśnie kierunku.

Wigilię Bożego Narodzenia spędziłem w Starogardzie przy łożu mego śmiertelnie chorego ojca. Odebrawszy wiadomość, że misja przybyła, wróciłem natychmiast do Gdańska61. Zastałem ją zakwaterowaną w hotelu niedaleko dworca. Portier zapytany o misję wprowadził mnie do pokoju, gdzie mieścił się odwach niemiecki. Odbieram raport sierżanta i każę prowadzić się dalej. Sierżant przydziela mi niechętnie żołnierza, który prowadzi mnie na piętra. Służbiście otwiera drzwi do dwu pokojów zajętych przez oddział podsłuchowy. Przekonuję się, że wszyscy przy pracy „auf Posten”62 i każę zaprowadzić się do sali posiedzeń. Żołnierza pozostawiam na korytarzu, sam wchodzę do przedpokoju. Przerażonemu odźwiernemu polecam poprosić Korfantego i Maciaszka. Gdy odźwierny wchodził na salę, zauważono mój mundur pruskiego oficera. Wśród zebranych powstała wyraźna konsternacja — szybko zażegnana przez Korfantego, który wprowadził mnie na salę i zaprosił do stołu. Wręczając list zwróciłem mu uwagę na podsłuch i „opiekę” wojskową, co było dla misji rzeczą zupełnie niespodziewaną.

List musiał wywrzeć wielkie wrażenie: po przeczytaniu go Paderewski poprosił kilku panów do sąsiedniego pokoju. Po pewnym czasie wyszedł stamtąd z Korfantym i pułkownikiem angielskim i zawezwał wszystkich, by przygotowali się do podróży. Program wyjazdu musi ulec zmianie — misja pojedzie do Poznania!

Na moje skromne zapytanie, kiedy nasze ziemie będą wolne od Prusaka, dostojny nasz Mistrz odparł krótko: „Co weźmiecie, to będzie wasze”. — Słowa te, tak zgodne z moimi zapatrywaniami, wywarły wpływ decydujący na moje dalsze poczynania.

✳ ✳ ✳

Angielskiemu pułkownikowi63 polecono przeprowadzenie w dowództwie korpusu pertraktacji w sprawie przejazdu misji. Ofiarowuję mu swą pomoc, na co ten godzi się chętnie. Dowódca korpusu64 przyjmuje nas natychmiast; jest blady, na pozór uprzejmy, lecz widzę, że się w nim aż gotuje od złości. Na żądanie pułkownika przepuszczenia misji w kierunku Poznania, wypowiedziane po angielsku, a następnie po francusku, oświadcza hardo, że mówi tylko po niemiecku. Tłumaczę mu treść przemowy, na co otrzymuję stanowczą odpowiedź, że dyspozycję co do trasy jazdy w myśl życzenia misji odebrał z Berlina i już wydał odpowiednie zarządzenia. Bez zgody Berlina nie może nic zmienić. Misja musi poczekać jeszcze dobę, gdyż godziny służbowe już minęły, więc porozumienie się z Berlinem jest niemożliwe; zresztą tam nie są przyzwyczajeni odwoływać raz wydanych rozkazów. W Niemczech idzie wszystko planowo.

Na rozmaite wywody pułkownika (teraz jakoś tłumaczyć ich nie potrzebuję!) słyszę stale: „to nie możliwe”, „żałuję bardzo, nie!” — „Po przybyciu do Warszawy drogą przez Malbork i Mławę może misja starać się u rządu o pozwolenie na przyjazd do Poznania”.

Przypominają mi się nagle słowa majora Steinbrücka wypowiedziane na ostatniej odprawie oficerskiej w Krekowie pod Szczecinem: „w naszych polskich prowincjach musi panować grobowa cisza”. Ogarnia mnie pasja. Podchodzę do generała tak blisko, że musi on cofnąć się od klawiatury dzwonków alarmowych i uderzając pięścią w stół oświadczam mu jako przedstawiciel Centralnej Rady Żołnierskiej: „Wersal rozkazuje, Berlin wykonuje rozkazy. Niech pan generał o tym nie zapomina. Jeżeli natychmiast nie da pan na piśmie polecenia do władz kolejowych, by misję przewieziono do Poznania, w takim razie misja za kilka godzin ruszy do Poznania wozami pod eskortą polskiej załogi. Konsekwencje takiej demonstracyjnej jazdy będzie pan musiał sam ponosić, a Berlin przestrzegał przecież przed prowokowaniem ludności polskiej!”.

Słowa moje były druzgoczące. Kiedy twierdziłem, że pośród żołnierzy - Kaszubów mam dostatecznie silne poparcie, by przeprowadzić swoje zamiary, generał spojrzał niedowierzająco na swego adiutanta, a ten kiwnął głową z determinacją. Opór generała nagle znikł. Natychmiast wydał telefoniczny rozkaz do komendy
kolejowej o zmianie kierunku jazdy, wyznaczył godzinę odjazdu misji i dał nam nowe zlecenia na piśmie.

✳ ✳ ✳
12,167

(Wydawnictwo REPLIKA)
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (0)

Brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

© itvszubin.pl | Prawa zastrzeżone