Zamknij
Panie redaktorze, dopiero teraz ochłonęłam na dobre i mogę co nieco wypowiedzieć się o niedawnych zimowych igrzyskach olimpijskich w Korei, tej na południe od północy, w której rządzi ten tłusty Belzebub. Trzeba panu wiedzieć, że sportem także się interesuję, choć sama go nie uprawiam, a jedyne co niejako fizycznie łączy mnie ze sportem, to poranne wstawanie z łóżka. Uda się mi wstać na jedno tempo, czy na dwa lub trzy. Oraz chód. Jak pan widzi, dotarłam do pana o własnych siłach. Czyli taka sobie gimnastyczka wszechstronnie rozwojowa dla ludzi w moim wieku.
Panie redaktorze, czasem lubię urządzać sobie spacerki po pięknym Szubinie, także nocne. I tak niedawno pewnej nocy przechodziłam obok naszej biblioteki na Kcyńskiej, a tam jakieś hałasy, krzyki, wrzaski, co mnie niepomiernie zdziwiło. Jak to możliwe, żeby w środku nocy w spokojnej zdawałoby się książnicy odbywały się jakieś ekscesy. Zgodzi się pan redaktor, że to nie dom kultury w jakąś karnawałową sobotę, kiedy to degeneracja od standardowych norm społecznych jest normą standardową.
Oh, jak ten czas leci! Pamięta mnie pan?... Dawnośmy się nie widzieli! Jakieś osiemnaście lat, odkąd to zmuszona byłam przestać się wymądrzać w naszym „Pelikanie” (to były „Apolonii Szubińskiej gadki”, niektórzy zapewne pamiętają, mimo że pamięć to nie sekretarka).